bg

Zakopiański dom wariatów

Książki -Tematycznie
poniedziałek, 05 października 2015 00:00

okladka_aldekZakopiański dom wariatów autorstwa Romualda "Aldka" Romana to błyskotliwie napisany zbiór opowiadań odnoszący się do czasów, gdy autor pomieszkiwał w Zakopanem i parał się różnymi zajęciami, jak ochroną przyrody, przewodnictwem, wspinaniem, grą w brydża i przede wszystkim walką o rodzinny dom, który władza ludowa na pewien czas go sobie przywłaszczyła. Obecnie wydarzenia te, widziane z perspektywy Stanów, gdzie od wielu lat mieszka autor, wydają się wręcz groteskowe, choć z pewnością kosztowały bohatera tych opowieści wiele nerwów.
Warto przeczytać tę książkę choćby dlatego, by lepiej wczuć się w atmosferę Zakopanego lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, którą już tak niewielu pamięta z własnych doświadczeń. Lekki język i niebanalny humor to dodatkowe cechy tej cennej pozycji. 
(na 2017 rok autor przygotowuje kontynuację tego wątku w książce "Amerykański dom wariatów".  
Książka zdobyła nagrodę internautów w konkursie na portalu granice.pl jako "Najlepsza książka na zimę" w kategorii "Perły z lamusa". Oto lista nagrodzonych ://www.ksiazkanazime.pl/

 katalogowe:
autor: Romuald "Aldek" Roman, 
str. 256, oprawa miękka ze skrzydełkami
format: A5
ISBN: 978-83-61968-30-6
Premiera: 5.10.2015

cena det. 34,90 zł
Spot wideo
Polecamy recenzje ksiązki: 

http://www.granice.pl/recenzja,zakopianski-dom-wariatow,14061
http://www.granice.pl/recenzja,zakopianski-dom-wariatow,14031
http://domizzz.blogspot.com/2015/11/zakopianski-dom-wariatow-romuald-roman.html


Poniżej zamieszczamy przedmowę autorstwa znanego publicysty, Sergiusza Pinkwarta, a także jeden z krótkich rozdziałów:  
Od blisko stu pięćdziesięciu lat Zakopane kusi ludzi przedsiębiorczych, artystyczne dusze i śmiałków rozmaitego autoramentu. Wdzięczy się, obiecując rozkoszne górskie spacery poprzez niepokalaną biel pierwszego listopadowego, a może i nawet październikowego śniegu. Roztacza wizję wylegiwania się w słoneczne, czerwcowe przedpołudnie na upstrzonej mleczami trawie na Lipkach, z bajecznym widokiem na północną ścianę majestatycznego Giewontu. A gdy ludzie już ruszą z Warszawy, Krakowa, czy Radomia, by osiedlić się w tym ogrodzie rozkoszy, Zakopane niespodziewanie żądli ich i wstrzykuje w żyły paskudną truciznę – opisywaną już przez Witkacego zakopianinę. Ten narkotyk sprawia, że w ludziach pod Tatrami budzą się najgorsze demony. Rozstrojone halnym wiatrem umysły, zamiast brać się za rzeczy wielkie i szlachetne, toną w małostkowości i zakopiańskim błocku. A pierwszym zmysłem, który traci ukąszony zakopianiną – jest poczucie humoru. Żeby ocalić swoją duszę trzeba wyjechać. Wyrwać się „ku światu”. Tak jak Aldek Roman, którego wiatr historii porwał z kotliny pomiędzy Gubałówką a Giewontem i poniósł starym, góralskim szlakiem aż do Hameryki. I bardzo dobrze, bo dzięki temu zyskaliśmy pisarza, który potrafi pisać z humorem o mieście swojego dzieciństwa, bez wdawania się w lokalne waśnie, koterie i układy.
„Zakopiański dom wariatów” nie jest jednak jedynie nostalgicznym wspomnieniem o Zakopanem lat minionych. Choć poprowadzona chronologicznie narracja, z czasem robi się coraz bardziej mroczna i gorzka. To raczej napisana lekko, choć bardzo głęboko i poważnie, analiza systemu, który przeorał ludzkie dusze i umysły. Ta książka to znacznie lepsza odtrutka na tęsknotę za PRL niż suche wskaźniki ekonomiczne, które mówią nam ile statystycznie więcej zarabiamy niż przed 1989 rokiem, ale nie tłumaczą jak czuł się zwykły człowiek, który decyzją byle partyjnego aparatczyka mógł w jednej chwili stracić dorobek kilku pokoleń.
Forma i styl Romualda Romana mogą zaskoczyć polskiego czytelnika, bo ocierająca się niekiedy o groteskę autoironia, jest u nas niemal kompletnie nieznana. Wolimy bić się w cudze piersi, a sami pozować na herosów. Tymczasem Romana stać na hrabalowski dystans do samego siebie. Nawet wtedy, gdy opisuje przegrane boje z komunistycznym państwem, które postanowiło odebrać mu rodzinny dom.
Pensjonat „Roztoka” to drugi, milczący bohater łączący cykl zakopiańskich opowiadań. Poznajemy go razem z kilkuletnim Aldkiem, który na początku lat pięćdziesiątych w swoim własnym domu staje się obcym, przeciwko któremu potężna machina komunistycznego państwa otwiera front walki klasowej. Dekadę później ideologiczną wojnę zastępuje mała, socjalistyczna stabilizacja domu wczasowego FWP. W karnawale „Solidarności” Aldek przez moment wierzy, że może odwojować swoje i ułożyć na nowo relacje z opresyjnym państwem, które uparło się pozbawić go rodzinnej spuścizny. Stan wojenny diametralnie zmienia zasady gry, aż wreszcie generałowi Jaruzelskiemu, na małym zakopiańskim fronciku, udaje się to, co nie powiodło się Bierutowi, ani Gomułce. Finał, a w zasadzie „dogrywka” tej historii, odbywający się już w wolnej Polsce, jest gorzki, ale nie chcę w tym miejscu psuć państwu niespodzianki.
Karty „Zakopiańskiego domu wariatów” zapełniają dziesiątki postaci znanych nie tylko zakopiańczykom, ale i zapisanych w historii Polski. Ale taka jest specyfika miasteczka pod Tatrami – przyciąga jednostki wybitne. Romuald Roman kreśli ich portrety z czułością, choć i nie bez pewnej złośliwości. Bezwarunkową i bezkrytyczną miłość przejawia tylko w stosunku do gór i tatrzańskiej przyrody. Gdy opisuje wędrówki i wspinaczki po tatrzańskich perciach, albo wspomina swoje próby ratowania zwierząt w Tatrzańskim Parku Narodowym, to na moment znika maska autoironicznego cynika, który losu „pociski i strzały” kwituje filozoficznym wzruszeniem ramion. W tych chwilach, czytelnik czuje, że autor odsłonił przed nim cząstkę swej duszy.
Czy „Zakopiański dom wariatów” spowoduje choćby małą burzę towarzyską pod Tatrami? Zobaczymy. Ale według znanej zasady, że miłość do gór wzrasta wraz z kwadratem odległości, sugeruję autorowi, by serię spotkań autorskich rozpoczął w Szczecinie, Słupsku, lub Gdańsku. Tam znajdzie czytelników, dla których Tatry są nie tylko miejscem, gdzie rodzi się paskudny wiatr halny, a samo słowo „Zakopane” niesie w sobie zapowiedź ekscytującej przygody.
SERGIUSZ PINKWART

--------------------------------------------------------------------------

O góralu, który przechodził przez kładkę

Biały Potok, który wyrzeźbił wapienne, strome zbocza Doliny Białego w Tatrach, tylko trochę zwolnił bieg, wypływając z regli i wijąc się wśród pagórkowatych łąk i lasków wokół biednej góralskiej uliczki Małe Żywczańskie. Choć już nie ograniczały go wapienne skały, tylko łupkowate zbocza parowu, on nadal pędził między zaroślami łopianów, rachitycznymi krzakami i kępami świerków.

Na Żywczańskim mieszkali górale. W każdym razie w czasach, kiedy byłem dzieckiem i bogate cepry wolały budować swoje nowobogackie jednorodzinne domy (przed wojną nazywali je willami i pensjonatami) w bardziej prestiżowych miejscach, w sąsiedztwie parku i Krupówek.  A przy wąskiej zabłoconej uliczce stały biedne chaty z przynależnymi do nich oborami, koło których pasły się chude krowy, a groźne białe psy szarpały łańcuchy, jakby chciały zagryźć każdego idącego drogą. Na otaczających Małe Żywczańskie łąkach w lecie pachniało sianem, które górali suszyli na ostrewkach, a wiosną i jesienią śmierdziało gnojem z przydomowych poletek.

Tam, gdzie prowadząca do Krupówek ulica Tetmajera dochodziła do Małego Żywczańskiego, nad potokiem przerzucono kładkę. Zrobiono ją domowym sposobem z kilku świerkowych pni, trochę tylko zestruganych siekierami od góry, tam, gdzie się chodzi, i z pojedynczymi rozchwianymi poręczami po obu stronach, takimi, żeby dopomóc  idącemu w utrzymaniu równowagi i żeby nazywało się, że są, ale żeby przypadkiem nie liczyć, iż wytrzymają nacisk, gdy ktoś mocniej się oprze. Kładka opierała się od strony Tetmajera na resztkach muru, który inżynier Scherer wybudował, by zakotwiczyć koniec otaczającego jego willę ogrodzenia aż przy samej wodzie, a z drugiego końca na podobnym kamiennym obrzeżu, którym malarz amator Weseli bronił swego podwórka przed podmyciem przez rwący potok. Murki za bardzo nie pomagały, bo po każdym większym deszczu woda porywała kładkę  i niosła ją w dół, w stronę zagrody Wrześniaków, albo jeszcze dalej, aż w chaszcze koło Jaworowego Dworu. Trzeba było wtedy odbudować przejście przez potok i górale przychodzili z siekierami, i ciosali, klęli, narzekali, ale pracowali dzielnie i naprawiali mostek w ciągu dwóch, trzech dni.  Źli byli bardzo na potok, że im porwał kładkę, ale odbudować ją musieli, ponieważ łączność z ulicą Tetmajera i Krupówkami umożliwiała im sprzedawanie ceprom mleka i serów, jak również kupowanie alkoholu w sklepie przy ulicy Witkiewicza.

Nasz dom, który wtedy nie był już naszym domem, tylko został przez państwo ludowe przemianowany na Dom Wypoczynkowy Funduszu Wczasów Pracowniczych Roztoka, stał przy ulicy Tetmajera pod numerem 26, czyli w połowie drogi pomiędzy skrzyżowaniem z ulicą Grunwaldzką a potokiem i kładką, o których napisałem już całe trzy akapity. To położenie gwarantowało wszystkim jego mieszkańcom oglądanie i przede wszystkim słuchanie nocnych migracji górali.

Ach, cóż to był za folklor! Cisza zakopiańskiej nocy - i nagle, o drugiej nad ranem  pod samym oknem, z siłą stu dwudziestu decybeli i smutku utraconej miłości rozdzierała ją pieśń.

Regle, nose regle,

utra-a-a-a-co-o- ne regle!

Kie jo se zaś-piewom,

to mi sie rozle-e- gnie…

A to góral wracał do domu i z żalu, że wieczór zakończył się tak wcześnie, albo z tęsknoty za do połowy wypitą, ostatnią ćwiartecką wódki, która jeszcze była w kieszeni spodni, ale już bardzo niedługo mu się skończy, a może ze strachu przed czekającą go w domu babom ukazywał światu, Tatrom i obudzonym w środku nocy wczasowiczom całą swoją żałość.

A gdy skończył śpiewać, Regle, robił się zły, i silny, i zadziorny. I już nikogo się nie bał, ani kolegów, ani, „kurwa-ceprów”, ani nawet baby. I śpiewał dalej:

Ej, pójdźcie, kurwa, kłopcy,

ej, krew się bedzie lała!

Ej, czerwona posoka

po ścia-a-a-nach  sikała!

I leciała pieśń wojenna! I siła w niej była taka, że martwe nietoperze spadały z nieba pod nogi górala! I drżeli ze strachu wczasowicze, a zakopiańczycy - i ci, którzy od dziecka w Zakopanem wychowani, a nawet ci, którzy już byli drugim pokoleniem „kurwa-ceprów”, - zamykali zasuwy i przekręcali zamki, żeby drzwi były podwójnie zamknięte, na wypadek gdyby góral zaczął ciupazecką się dobijać.

A góral nic sobie nie robił z tego, co o nim myślą w domach wczasowych, a nawet na samej komendzie milicji obywatelskiej, bo nikogo się nie bał, bo miał w jednej kieszeni scyzoryk, a w drugiej ćwiartkę, a jak świat światem, gdy ta trójca się zejdzie: góral, scyzoryk (ewentualnie siekierecka) i ćwiartecka cystej, to ni ma takiej siły, która by się ostała!

Chyba że…

Chyba że akcja ma miejsce tam, gdzie ulica Tetmajera staje się uliczką Tetmajera, a potem zamienia w gliniastą stromą dróżkę opadającą nad Biały Potok. 

Dróżka to wąska, z obu stron wymyta przez deszcze, tak że gdy człowiek już na nią wejdzie, to jak ten pociąg na szynach – nie ma ucieczki, musi schodzić, zbiegać, staczać się prosto w stronę kładki nad potokiem.  A szybkości nabiera się przy tym zbieganiu od razu, bo taka stroma ta ścieżka, że pod górę na rowerze nie da się nią wjechać i trzeba rower prowadzić. A śliska… Jezu! Na wiosnę i jesienią zawsze mokra glina. W zimie – śnieg i lód.

Nie w rozpędzaniu się po ścieżce największe jednak niebezpieczeństwo, lecz w trajektorii tego rozpędzania. Zaskoczony nagłą zmianą konfiguracji terenu człowiek nie biegnie dokładnie po linii, lecz jakby naśladując funkcje sinusoidy, przemieszcza się z jednego brzegu parowu na drugi. I albo ma szczęście, albo go nie ma. Jeśli ma szczęście, to z rozpędem trafi na kładkę, a potem uda mu się jakoś przelecieć po śliskich pniach i nie wypaść do potoku.  A jeśli nie ma szczęścia, to przebiegnie, przeleci obok kładki i chlust do potoku!  Albo zmieści się pomiędzy poręczami, wbiegnie na kładkę, ale poślizgnie się, wyłamie barierkę i do potoku!

I tak to dzieckiem będąc, obudzony z niewinnych snów mrożącym krew w żyłach góralskim zawodzeniem, nie bałem się, nie wchodziłem pod kołdrę i nie uciekałem do mamusinego łóżka, tylko biegłem do okna, wystawiałem głowę na nocne powietrze i nasłuchiwałem oddalających się odgłosów właściciela ciupazecki. 

Śpiew i wojownicze okrzyki cichły z wolna, w miarę jak góral był coraz dalej od mojego okna, o pięćdziesiąt metrów… o sto… aż nagle cisza…

Cisza, bo przecież plusku z takiej odległości nie słychać. Szczególnie gdy plusnęło na dole, w jarze potoku.

A potem krzyk gniewu i rozpaczy!

Najczęściej: „O kurwa!”.

A potem jęki gramolenia się jak ten Syzyf  po śliskich, wymytych łupkach i przekleństwa podczas wpadania z powrotem do wody.

Aż po kilkunastu minutach wszystko cichło.

Bo, jak mówiła moja babcia: „Nic się złego pijakowi nie stanie, bo Pan Bóg opiekuje się pijakiem”,  więc i góral koniec końców gramolił się z potoku na brzeg.

A ja wracałem do łóżka i zasypiając, marzyłem sobie, że góralowi nie udało się wyjść z potoku i gdy rano pójdę na kładkę, to ciągle jeszcze będzie siedział w wodzie w tych swoich bukowych portkach i wyklinał, i rzucał w dzieci kamieniami. 

 


 

GórFanka. Moje ABC w skale i lodzie

Hot StartPierwsza część serii, mającej ambicje pokazać ponad czterdziestoletnią karierę górską jednej z naszych najlepszych alpinistek. Barwne opowieści autorki pozwalają znakomicie wczuć się w klimat i atmosferę legendarnych lat 70.

GórFanka. Na szczytach Himalajów

Hot StartAutorka koncentruje się na wyprawach mających na celu zdobycie najwyższych himalajskich szczytów: Mount Everestu, Lhotse i Makalu. Mocna dawka wrażeń dla wszystkich miłośników gór i narratorskiego talentu Anny Czerwińskiej.

GórFanka W Karakorum 1979-1986

Hot StartKsiążka opisuje najbardziej ambitny okres działalności naszej bohaterki (z trudnymi ośmiotysięcznikami w Karakorum). Właśnie podczas tych wypraw dokonywano pierwszych kobiecych wejść na poszczególne szczyty.

 
 
 
Start